Pantomima w świetle miast

Przywykliśmy już do tego, że Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu nie może odbyć bez występu Compagnie Bodecker & Neander. W tym roku sprawili widzom szczególną niespodziankę, bowiem pojawili się na wieczorze otwarcia XVII Festiwalu ze swym najnowszym spektaklem „City Lights”. Właśnie tu, w Warszawie, zaprezentowali swe dzieło po raz pierwszy!

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

Niezwykły duet, Wolfram von Bodecker i Alexander Neander, twórcy jedynego w swoim rodzaju teatru wyobraźni, która nie zna granic, to wybitni uczniowie Marcela Marceau, którzy na scenie występują razem od czasu ukończenia studiów w słynnej Ecole Internationale de Mimodrame de Paris. Ich spektakle cieszą się ogromnym powodzeniem nie tylko w Europie, ale także w Azji, Ameryce Północnej i Południowej. Na warszawskim festiwalu pojawili się już dziewiąty raz, zachwycając licznie zgromadzoną publiczność swym kunsztem, którego korzenie tkwią w klasycznej sztuce pantomimy, choć artyści nie unikają eksperymentów z innymi wizualnymi formami wyrazu.

 

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

„City lights”, „Światła miasta”, to przepełniona magiczną iluzją, nieco tajemnicza wędrówka poprzez ulice wielkich miast, magiczne zakamarki, dworce kolejowe, place i kawiarenki. Wraz z artystami podglądamy codzienne życie mieszkańców, które wbrew pozorom nie jest tak zwyczajnym i nudnym, jak zwykliśmy sądzić. Spektakl, w którym oprócz duetu mimów bierze udział Lina Rohde, złożony jest z siedmiu etiud, opowieści miejskich, z których każda stanowi zamkniętą całość. Aleksander Neander i Wolfram von Bodecker zaprezentowali kolejno etiudy: „Moskwa – Szachy”, „Paryż – Grand Cafe”, „New York – Times”, „Mediolan – Diva”, „Rio – Twarz”, „Tokyo – Home sweet home”, „Berlin – Alexanderplatz”. W cieniu wielkich budynków, w sąsiedztwie lśniących neonów rozgrywają się ludzkie tragikomedie, wielkie i małe przygody przyciągają wzrok, dążenia zwykłych kobiet i mężczyzn, z różnych kontynentów, tworzą barwną historię metropolii, a ich pragnienia wypełniają każdy centymetr miejskiej przestrzeni.

 

Teatr obrazu, który mimowie pokazali w Teatrze na Woli, to również podróż w krainę dźwięku i melodii, bowiem muzyka, starannie dobrana, stanowi ważne źródło inspiracji dla artystów. Oczywiście najważniejsza jest, opanowana do perfekcji, umiejętność „przemawiania bez słów”. Wykorzystanie przestrzeni i „posłusznych” przedmiotów, płynne przekształcenie świata gestu, silnie działa na emocje i utrzymuje uwagę zachwyconej publiczności. Groteskowe spotkanie nad szachownicą w Moskwie, którego bohaterami są mistrz i nikomu nieznany kelner, to historia nasycona ironią, prześmieszna, z koniecznym przymrużeniem oka i szczyptą zgryźliwości. Za chwilę nastąpi zmiana nastroju – jesteśmy w Paryżu, w cichej kafejce. Wzruszenie, które aż ściska za gardło, łagodzone jest delikatnym humorem. Przejęta losem dwóch mężczyzn prowadzących mały lokal, nie mogę oderwać oczu od delikatności gestu, subtelności i precyzji ruchu. W Nowym Jorku atmosfera gęstnieje, spokój ustępuje napięciu. Panuje hałas i wszechobecna prasa. Starcie z wielką płachtą gazety „The Times”, to istne mistrzostwo świata, humor i szczera prawda (media mają moc; potrafią zawładnąć niemal każdym człowiekiem). Zabawne i gorzkie. Teraz czas na spotkanie w La Scali. Gdy na scenie pojawia się Neander w ognistej peruce i w

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

czerwonej sukience divy operowej, witają go salwy śmiechu. Śmiech nie milknie aż do końca. Niezwykła sprawność artystów, historia perypetii słynnej solistki i rabusia, nagrodzona zostaje burzą oklasków. Teraz jeszcze Rio i to, co poprzedza karnawałowe szaleństwo – nowa twarz, lepsza maska i… odrobina horroru z refleksją w tle. Po wizycie w Rio artyści porywają publiczność do Tokyo, gdzie panuje „japoński zen” oraz wdzięczna sztuka origami. Może ona przybrać niebotyczne rozmiary, czego dowodem ogromny papierowy ptak, unoszący się nad sceną. Chyba, że to tylko wytwór wyobraźni bohatera? Z zapartym tchem obserwujemy spotkanie rdzennego mieszkańca Tokyo i przybysza, prawdopodobnie turysty. I kult maleńkiego domu – „ciasnego ale własnego”. Na koniec Berlin i kolejny popis duetu artystów – tym razem w roli wyluzowanego młodocianego Berlińczyka z komórką, słuchawkami na uszach oraz pewnej staruszki. Publiczność płacze ze śmiechu, gdy młodzieniec usiłuje zaprowadzić babcię na odpowiedni peron i wsadzić do właściwego pociągu. Nie będzie łatwo. Bodecker jako zagubiona w wielkomiejskim gwarze placu Aleksandra staruszka, w kostiumie, który znamy z poprzednich spektakli (i lubimy!) jest znakomity. Mistrzyni robót na drutach (wystarczą dwa palce, a włóczka śmiga i robótka rośnie w oczach) nie ugnie się nawet przed jazdą na ruchomych schodach. Niezapomniany widok! Neander, czyli młody Berlińczyk w biało-różowym szaliku, podarowanym przez wdzięczną babcię, na zawsze pozostanie w pamięci widzów. I oczywiście na pamiątkowym zdjęciu selfie, które z dumą robi młodzian.

 

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

W spektaklu wszystko zostało starannie przemyślane i dopracowane – scenografia, kostiumy, dźwięki (choć, jak na pantomimę przystało, najczęściej dominuje cisza). To drobiazgi budujące doskonałą całość. Spotkanie z Compagnie Bodecker & Neander, technika sztuki mimu opanowana w stopniu najwyższym, pozwalająca na niesamowitą grę wyobraźni, zachwyca mnie kolejny raz. Jest czas na dobrą zabawę, humor, ale i refleksję oraz wzruszenie, które budzi rozczulająca nieporadność mieszkańców wielkich miast, ich kłopoty, pragnienia… Dwugodzinny spektakl, rozrywka w najlepszym stylu dla widza w każdym wieku, to zdecydowanie za mało, o czym świadczą niemilknące oklaski na zakończenie.