Wdzięk i czar milczącej pantomimy

W zeszłym roku, Bartłomiej Ostapczuk, dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu powiedział: „Jak co roku stawiamy pytanie – czym jest szuka mimu? Pantomima jest nadal sztuką w dużym stopniu nieznaną”. To prawda, jednak bogactwo i różnorodność współczesnej sztuki pantomimy, jej język, który odwołuje się do wyobraźni, szeroki wachlarz stylów, a przy tym niesłychana uniwersalność, przyciąga do Warszawy, na czas festiwalu, coraz liczniejsze grono wielbicieli „opowieści poza słowami”. Przybywają nie tylko z Europy, ale i z Ameryki, Japonii czy Korei.

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

 

Punktem obowiązkowym, a jednocześnie oryginalną tradycją naszego rodzimego festiwalu jest Modern Mime Evening. Istny wieczór cudów, tym bardziej, że program i treść Wieczoru Współczesnej Pantomimy pozostaje tajemnicą niemal do końca, a ostateczny kształt przybiera w ostatnich godzinach przed występem. Spektakl złożony z etiud teatralnych artystów z różnych krajów, pokazuje jak zmienna, zróżnicowana w stylu i formie, niezwykle dynamiczna lub przeciwnie – wyciszona i refleksyjna może być współczesna sztuka mimu. Oczyszczająca i piękna, radosna, a innym razem przeraźliwie smutna.

 

Nadszedł czas na prezentację artystów. Jako pierwszy na scenie pojawił się Mai Rojas z Hiszpanii. Jego autorska „Legenda o Faunie”, niezwykła, wgniatająca w fotel, to przykład teatru fizycznego na najwyższym poziomie. Krótki występ hiszpańskiego mima pozwolił nam, widzom, przenieść się na chwilę do innego świata – fantazji, tańca, niezwykłych, mitycznych legend, malowanych czystością ruchu, z niewymuszoną lekkością i giętkością. Obraz pół człowieka, pół zwierzęcia, to niezwykle plastyczna i czytelna metafora – oto dwie natury w jednym ciele, ścierające się nieustannie. Zdumiewa ogromna sprawność artysty i motoryka ciała opanowana aż do bólu. Mai Rojas potrafi oddać na scenie przejmującą grę emocji i zmysłowości, zmieniać kształt ciała niczym plastelinę. Gra światła, kostium, charakteryzacja są nie mniej ważne (i zachwycające) niż precyzyjny ruch. Równie mocne wrażenie zrobiła na mnie druga etiuda, pod tytułem „Podróż”, którą obejrzeliśmy po przerwie. To piękno w kolorze sepii, ukryte w specyficznej, malowniczej narracji. Fantazja i rzeczywistość splecione w opowieści o nierealnej podróży poprzez marzenia, wyobraźnię, pamięć i sny. Cudne jak stare fotografie, portrety bądź nostalgiczne opowieści o kloszardzie-wędrowcu.

 

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

Zupełnie inny charakter miała etiuda ”Happy birthday”, zaprezentowana przez Radima Vizvary z Czech. Mieszanina clownady i prostego dowcipu bez słów (w końcu to pantomima), gra z publicznością, niewyszukane żarty i zabawa z niespodzianką. Trochę za mało, jak na znanego czeskiego mima, który swego czasu zachwycił mnie swym indywidualizmem, czarnym humorem i lekko surrealistycznym spojrzeniem na rzeczywistość. Jego drugi pokaz – „Narodziny Krzyku” – wynagrodził wcześniejszy niedosyt. Charakterystyczny styl, łączący klasykę z nowoczesnością, świetnie oddaje ból, emocje, poetykę oraz mroczną tajemnicę, ukrytą w opowieści o tym, jak się narodził krzyk. Minimalistyczne ruchy przesycone są energią i autentyzmem, zdolne oddać grozę, skrywaną pod białym tiulem. I przemawiają mocniej niż prawdziwy krzyk, mimo iż bezgłośnie.

 

W ramach Wieczoru Współczesnej Pantomimy, na początku drugiej części, wystąpiła artystka Luisa Braga ze Szwajcarii, ze swą etiudą „Wspomnienie”. To historia z pogranicza snu i jawy, bolesna, chociaż otulona snem i marzeniem. Jej wspaniała kreacja artystyczna zachwycała formą, ale chwilami gubiła treść. Nie szkodzi. Smakowanie piękna, delikatności ruchu, wrażenie unoszenia się w powietrzu wraz z ptakami wystarczyło, by poczuć nostalgię naznaczoną szczyptą refleksji i smutku. Niesamowite falujące nastroje, ulotne uczucia zaklęte w geście, mimice, nawet ruchliwych palcach dłoni wymagały skupienia, by poczuć ich wartość i jakość. Pozostało wspomnienie… .

 

Wolfram von Bodecker i Alexander Neander pokazali „Tresera lwów” i „Pokusę”. Choć obie etiudy widziałam już wcześniej, przy okazji poprzednich edycji festiwalu, z równą przyjemnością, zaśmiewając się wraz z innymi, obejrzałam je raz jeszcze. Zresztą nie były wcale kopią tych poprzednich – artyści zmienili pewne szczegóły, dodali to i owo. Kreatywność, humor i technika w każdym detalu!

 

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

Czas na naszych rodzimych artystów. Warszawskie Centrum Pantomimy zaprezentowało krótką etiudę o wieloznacznym tytule – „Historia”. Sceniczna opowieść zrobiła na mnie wrażenie niedokończonej. Urywane sceny nie stworzyły klarownej całości, choć technicznie były dopracowane, a artyści czarowali gestem zatrzymanym w czasie, intrygując i budując nastrój niepokoju. Mimo to nie mogłam pozbyć się uczucia zagubienia, która pozostało do końca występu. Druga etiuda – „Póki śmierć nas nie rozłączy”, w której wystąpili: Paulina Staniaszek, Paulina Szczęsna, Ewelina Grzechnik i Bartłomiej Ostapczuk, była jedną z najlepszych wśród prezentowanych tego wieczoru. Niedługa acz wypełniona treścią perełka pantomimiczna, z odrobiną humoru; pełna finezji i wdzięku. Paulina Staniaszek i Bartłomiej Ostapczuk, w roli przesympatycznej pary staruszków, dzielnie kroczących przez swe ostatnie dni, smakujących i przedłużających wspólne chwile, byli znakomici. Bardzo skutecznie i z zadziwiającą, zabawną werwą odganiali natrętne boginie losu Mojry, które i tak dopadną każdego – taka kolej losu. Czytelna, dopracowana historia, pozostawiła w widzach przyjemne uczucie nostalgii, zamyślenia i nadziei. „Kopytko i Knypelek 20 lat wcześniej” w wykonaniu Renaty Birskiej i Ireneusza Wojaczka, króciutka acz sympatyczna scenka, przywołująca wspomnienie lat dziecięcych i walk w piaskownicy, barwna dzięki kostiumom i charakteryzacji, rozśmieszyła wszystkich. Artyści pokazali w niej iż „pantomima niejedno ma imię”, a śmiech i zabawa są zawsze mile widziane w teatrze „sztuki poza słowami”.

fot. Kasia Chmura - Cegiełkowska

fot. Kasia Chmura – Cegiełkowska

 

Na koniec jedna (a nawet więcej) uwaga – dlaczego tak krótko i tak mało? Na scenie pojawiło się zaledwie kilku artystów, nie tak, jak na minionych Wieczorach Współczesnej Pantomimy. Tylko dziesięć etiud i… niedosyt. Gdzie wielość, różnorodność, wielobarwność znana z poprzednich edycji? Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie inaczej, czyli „jak dawniej”, bo pantomimy nigdy dosyć!!