Spektakl „Marcel” – recenzja

Jak napisać o spektaklu pantomimy, na której się zupełnie nie znam? „Marcel” – koprodukcja Teatru Warszawskiego Centrum Pantomimy oraz Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy – to pierwsza pantomima, jaką w życiu widziałem. Nie mam jej więc z czym porównać. Nic nie wiem o takim rodzaju sztuki, która, jak właśnie wyczytałem, ma tradycję nie krótszą niż tragedia grecka…Szok, myślałem bowiem, ze wszystko kończy się na Arlekinie. I ktoś taki jak ja, kto się na pantomimie zwyczajnie nie zna, ma napisać, co o niej sądzi? Trudne zadanie.

 

          Z nieprzemyślanego wpisu, który zamieściłem wczoraj na chochlikowym profilu na Facebooku (przeczytało go ponad dwa tysiące osób) wiecie już, ze przepłakałem połowę przedstawienia. Dlatego boję się, żeby po dzisiejszym tekście nie określono mnie Mniszkówną wśród recenzentów. Nie potrafiłem się zebrać do pisania, wciąż wydaje mi się, że to, co najważniejsze, miało miejsce w teatrze i żadne słowa nie są w stanie tego oddać. Napisałem do ojca, tłumacząc, że nie potrafię, że brakuje mi wiedzy i siły: co robić? Odpowiedź przyszła natychmiast: napisz o emocjach.  No dobrze tato, tak zrobię, jednak w razie, jeśli komuś się nie spodoba moja recenzja, będzie na Ciebie.

            Nic mi nie dał opis, który widnieje na stronie Teatru Dramatycznego. Nie miałem pojęcia, kim jest Marcel Marceau, największy podobno mim w historii oraz nauczyciel Lionela

Ménarda – reżysera spektaklu. Co więcej, nie miałem świadomości, że tak wiele w będzie wątków z biografii mima (których przecież znać nie mogę). Wybierając „Marcela” z bogatego repertuaru Teatru Dramatycznego, pomyślałem, że Dyrektor Tadeusz Słobodzianek musiał mieć jakiś powód, jeśli wśród tak wielu naprawdę dobrych przedstawień umieścił na kameralnej Scenie Przodownik niepozorne przedstawienie, w którym wystąpią ludzie, których nazwisk nie znam… Potem pomyślałem sobie – osiemdziesiąt minut pantomimy – a jak mi się nie spodoba? Wytrzymam? W pierwszym rzędzie? Okazało się, że Dyrektor Teatru doskonale wiedział co robi – wspiera w ten sposób wielkich artystów, by dotarli do widzów.

      Ponieważ wygadałem już, że przepłakałem pół przedstawienia (co jeszcze dało się ukryć przy wygaszonym świetle, jednak problemem stało się, gdy spektakl się skończył, wiadomo, że pantomimę pokochałem. Wydawało mi się przed spektaklem, że to musi być coś przerysowanego, zabawnego, że jeśli nie można użyć słów, dosięgnie mnie lawina zbyt wyrazistych gestów, grymasów, póz. Niewiele czasu zajęło mi zweryfikowanie tej bzdurnej teorii. Pantomima wcale nie wymaga infantylnego przerysowania. Wtedy pojawiła się inna myśl: skoro to takie ładne, to może dobrze byłoby zamknąć buzie niektórym aktorom, którzy koncertowo kładą ważne role przez zbyt minoderyjny sposób ekspresji głosowej? Też nie bardzo, bo właśnie wtedy szaleliby gestem, a artyści Teatru Warszawskiego Centrum Pantomimy nauczyli mnie już, że pantomima to sztuka o wiele bardziej złożona i wymagająca ogromnego skupienia. Tutaj nie można schować się za tekst, podeprzeć siłą głosu, każdy akcent budowany jest drgnieniem wszystkich mięśni ciała, umiejętnym ruchem, bardzo ważna jest też współpraca na scenie.

         Dramaturgicznie „Marcel” osiąga  wyżyny doskonałości, ponad które wzbić się już nie można. Mówiłem już o tym, że nie widziałem w życiu nic piękniejszego – i zdanie podtrzymuję. Pewne zastosowane rozwiązania czasem widziałem w teatrach, o czym jeszcze wspomnę, jednak to były najczęściej mgnienia, chwile, tymczasem w „Marcelu” ciągnie się nas na emocjonalnej linie od pierwszej chwili aż po liryczny koniec. Napięcie stwarzają wszystkie sceny: zabawne przez łzy lata w szkole z internatem w prowincjonalnym miasteczku (pełne małych i większych dramatów, samotności, niezrozumienia, chęci wybicia się w grupie, zauważenia przez dorosłych), pierwsze miłości, zauroczenia, wspólnie snute plany. Potem przychodzi wojna, która unicestwia marzenia, a nawet zwyczajną potrzebę przeżycia. Koszmar wojny nie jest w stanie ugiąć się momentami przed najważniejszym: przed potrzebą umacniania więzi międzyludzkich oraz tworzenia sztuki, która zwycięży wszystko. Zakończenie szokuje – gdzieś na granicy jawy i snu zastanowić się trzeba, czy oni wszyscy zginęli i wracają, by dać nam nadzieję, czy tylko pokiereszowani zaczynają swoją podróż od nowa? Nie zdradzę jak jest naprawdę, sami zrozumiecie oglądając „Marcela” – najpiękniejszy i najbardziej wzruszający spektakl grany w Warszawie. A może w Polsce  i dalej?

            Nie potrafię oddać słowami tego, co działo się na scenie. Jak bardzo odmienne postaci pojawiły się w szkole. Jest przecież wymagająca nauczycielka, klasowy psotnik, niewidoma dziewczyna, złośnica, jest uśmiechnięty karykaturzysta i tęgawy woźny, karmiący codziennie owady na uprawianej pod oknem grządce. Losy bohaterów sztuki zazębiają się, układają w przepełniony emocjami, drgnieniami, momentami obraz. Kiedy zaczyna się wojna, wyrażona tak, jak jeszcze nikt tego u nas nie robił, czujemy się uwięzieni w odmętach, które wciągają młodych ludzi. Panowie, wciągnięci w machinę wojny, próbują walczyć, ktoś wraca na chwilę, by złożyć obietnicę, by otrzymać dowód miłości, ktoś walczy o to, by zostać. Czy ma szansę wygrać z wojną? Jak potoczą się losy pozostałych? Czy bezlitosna krwawa topiel wciągnie ich w swoją pułapkę? Musicie zobaczyć sami. Kiedy? Tego nie wiem, nie rozumiem, dlaczego „Marcel” nie pojawia się na scenie częściej. Na pewno będę informował o tym, jeśli tylko pojawi się szansa, by znów go obejrzeć. Będę zresztą pierwszym, który pobiegnie obejrzeć go znowu, a potem raz jeszcze i jeszcze. Takich emocji, takiej więzi między artystami a publicznością, trudno szukać w klasycznym teatrze, zdarzają się momenty, ale nie godziny!

          Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej, że dzięki pantomimie można pokazać więcej, niż to się dzieje w teatrze za pośrednictwem słowa i dźwięku ludzkiego głosu, popukałbym się w czoło. Udowodniono mi jednak, że można. Co więcej, sposób, w jaki to się dokonało, przywodzi mi na myśl jedno słowo: doskonałość. Nie widziałem jednej fałszywej miny, żadnego bezsensownego gestu, każdy element scenicznej układanki znajdował się na miejscu. Rekwizyty, uplastycznione stroje, konsekwentnie eksponowane barwy, wszystko wykorzystano perfekcyjnie.

          Fale emocji, którymi żyli bohaterowie „Marcela” uderzały w widzów z natężeniem atomowym. Nie sposób się było nie poddać magii teatru. Czuć, że każdy uśmiech, każda mina, każdy wyrażony smutek nie dotyczą aktora czy mima, a prawdziwego człowieka, który tęskni, kocha, potrzebuje odrobiny nadziei na to, że będzie lepiej. W ten sposób sami stawaliśmy się bohaterami sztuki. Ktoś czuł się niedocenionym chłopakiem, który za wszelką cenę chce być zauważony, ktoś nieśmiałą dziewczyną, która w swoim kalectwie pozostaje poza nawiasem społeczności. Nie powiem, kim ja się czułem. Wzruszyła mnie czyjaś historia, jednak – ku mojemu zaskoczeniu, pod koniec spektaklu serce dokonało wolty – poszybowało ku innej zupełnie postaci, której początkowo nie rozumiałem, może dlatego, że była tak inna od tego, co mnie samego kształtuje.

           Na widowni działo się momentami równie dużo, jak na scenie. Ocierano dyskretnie łzy, nikt nie rozmawiał, unikano kaszlu, by nie uronić niczego. Tymczasem artyści wytoczyli potężne armaty sztuki – urzekającą pantomimę wspierała oprawa muzyczna przywodząca na myśl najlepsze francuskie kino (Franck Gervais przygotował muzykę, która sama w sobie wystarczyłaby, abyśmy byli szczęśliwi), ale też minimalistyczna w formie, choć kunsztowna w wykonaniu scenografia. Drewniane elementy, tak zgrabnie przesuwane, dały możliwość przenoszenia nas w różne miejsca, okno, pusta przestrzeń szkolnego boiska – mają symboliczne znaczenie. Nic nie jest przypadkowe, jeśli się pojawia, to po to, by być zrozumiałym dla publiczności. Wszystko to, co trudniejsze do uchwycenia, rozgrywa się niczym walka między artystami a widzami. Marta Grądzka, Ewelina Grzechnik, Paulina Szczęsna, Paweł Kulesza,  Bartłomiej Ostapczuk i Ireneusz Wojaczek potrafią tę walkę wygrać, choć bardzo młodzi, dzięki talentowi łamią barierę wieku. Jedni potrafią być bardzo dojrzali, innych odbieramy jako rozkoszne dzieciaki. O to chodziło twórcom? No to się udało.

            Dlaczego urzekła nas tak ta pantomima? Nie tylko z powodu czytelnego przekazu, magicznej amplitudy emocji, ale też z powodu prawdy bijącej ze sceny. To nie było przedstawienie, zatarły się granice wszystkiego, staliśmy się jednością, która zrozumiała targające bohaterów namiętności. Nieprzypadkowo po zakończeniu przedstawienia wzruszeni byli tak samo artyści i publiczność. Wszyscy czuli, że wydarzyło się coś ważnego. Mówiłem, że podobne rozwiązania widywałem już gdzie indziej. Owszem. Chyba tylko w Teatrze Żydowskim zdarzyła mi się scena, w której nie wypowiadający słowa artysta poruszył mnie do głębi. Grająca matkę błagającą o życie dziecka Ewa Dąbrowska nieruchomą twarzą i tysiącem smutnych błysków w oku wyraziła podobne emocje, jakie pojawiły się w „Marcelu”. Czegoś takiego nie da się nauczyć, zdolność do generowania w sobie takiego ładunku emocji wynika z wrażliwości. Ma ją wspaniała Ewa Dąbrowska, cechuje ona również grających w pantomimicznym przedstawieniu wielkich artystów. Może za mało jeszcze wiem o pantomimie, o nich samych, ale emocji nie da się udawać, jeśli prąd między sceną a widownią popłynął, to musiało być tak, jak trzeba.

             Nie jestem w stanie opowiedzieć Wam o tym, czym zasłynęli poszczególni aktorzy. Każda kreowana postać była genialna, tak inna, a zarazem złączona z pozostałymi. Nie mogłem oderwać wzroku od twarzy aktorów. Bogactwo znaczeń i niuansów, które trudno doprawdy opisać. Nigdy nie zrozumiem też tej świadomości własnego ciała, którą zauważyłem w moich ulubieńcach. Kto tego uczy, że odrobinę podkurczone palce u stóp mogą tak bardzo potęgować nastrój? Albo uśmiech – jak wiele może mieć barw. Pantomima na życie? Moja nowa miłość? Jestem pewien – tak! Obiecuję, że przeczytam o tej wymagającej sztuce wszystko, do czego tylko dotrę, obejrzę co tylko się da. I postaram się zrozumieć.

         O artystach opowiem, gdy zobaczę ich ponownie w „Marcelu”. Każdy zasłużył na indywidualną światową nagrodę dla mistrza pantomimy. Przygodę ze sztuką grania za pomocą ruchu zaczynam ze szczytu, dokąd zaprowadzi mnie droga z niego? Czy znajdzie się wyższa góra? Kto nauczy mnie wszystkiego, co powinienem na ten temat wiedzieć? Pytań jest więcej, najważniejsze z nich jednak brzmi: gdzie i kiedy zobaczymy „Marcela” ponownie?

  I na koniec przypomnę, że tym mimodramem pozwoliliście mi poznać magię zupełnie nieznanej mi sztuki. Nie spodziewałem się, ze tak zareaguję na Wasz talent, na pracę wszystkich osób, które przyczyniły się do powstania tego arcydzieła. Pobudziliście we mnie strunę, której trochę się wstydzę, trochę nie rozumiem, ale będę starał się ją zgłębić. Za to wszystko – drodzy artyści – dziękuję. Jeszcze jedno – Panu Ireneuszowi Wojaczkowi dziękuję za wrażliwość, której nigdy nie zapomnę.

Włodzimierz Neubart (Sakis)


Blog: Chochlik kulturalny

POST TAGS: