„Ja właśnie chętnie wszystko to, co lepiej nie” – wywiad z Martyną Majewską

Martyna_MajewskaDwa miesiące po premierze „Batory_trans”, swojego pierwszego spektaklu pantomimy, o tym ile nieść może za sobą obraz, jak wygląda praca z mimami oraz o „mieszankach wybuchowych” – opowiada reżyser Martyna Majewska.

 

Paulina Staniaszek:  W swojej dotychczasowej pracy bardzo dużą uwagę przykładała Pani do obrazu. Czasami był to punkt wyjścia, czasami punkt docelowy. Niektóre kadry z filmu „Multifrenia” mogą stanowić samodzielnie funkcjonujące obrazy, pełne treści. Czy pantomima (jako sztuka posługująca się w sposób oczywisty obrazem) stanowi dla Pani jakiegoś rodzaju szczególne narzędzie pracy reżyserskiej?

Martyna Majeweska: Pantomima jest bardzo szczególnym środkiem wyrazu. Mój ostatni spektakl był debiutem na tym polu, nigdy wcześniej nie reżyserowałam obrazu w pełni pantomimicznego. Bardzo cieszyłam się z tej możliwości bo faktycznie w mojej pracy artystycznej wyraz wizualny jest dla mnie ogromnie ważny. W przypadku „Multifrenii” (która jest adaptacją pierwszego tomu „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta) miałam silne przeczucie, że tylko wymowne obrazy, wizyjne i przesycone kadry mogą oddać atmosferę tej literatury tak ‚przeładowanej’ słowami. Strumień świadomości jest dla mnie zawsze strumieniem obrazów, słowa muszą czekać grzecznie w drugim rzędzie na swoją kolej.

 

P.S.: Ta atmosfera, której w literaturze często nie da się sprowadzić po prostu do słów, w teatrze może być wyrażona właśnie przez obraz?

M.M.: Myślę, że tak. Obraz to złożona sprawa, dla mnie na obraz składa się światło, ruch, kostiumy, cała plastyka i scenografia, czasem multimedia. Moim zdaniem konieczna jest metafora. Coś co sprawi, że obraz nie będzie oczywisty, że uruchomi wyobraźnię, że umysł zacznie coś dodawać z „własnej inicjatywy”. Dodajmy wtedy jeszcze muzykę i dym, i mamy atmosferę (śmieje się). Ja często ryzykuję i staram się zbudować sceny oparte głównie na atmosferze, co oczywiście jest trudne i nie do końca odpowiedzialne. Bywa, że podczas jednych przebiegów się udaje, a podczas innych nie. Pokusa jednak jest bardzo duża.

 

P.S.: Wracając do słów.

M.M.: Nie deprecjonuję ich w żaden sposób, to jest po prostu moje indywidualne podejście, zawsze najpierw wyobrażam sobie co aktorzy będą robić, a dopiero co będą mówić i tak inscenizuję. Nie chodzi też o to, że nie potrzebuję tekstu, literatury, scenariusza. Przeciwnie – są to absolutne źródła sensu, przekazu i komunikatu. Choć to jakie środki je przekażą, jest już osobnym wyborem.  Praca w pantomimie upewniła mnie w przekonaniu, że ruch, ciało, gesty, taniec są w stanie przekazać każdą emocję i przebieg przeżyć. Mam też wrażenie, że ostatni spektakl („Batory_trans”) wcale nie powstał w tradycyjnie rozumianej technice pantomimy, która jest dla mnie dość skodyfikowanym językiem ruchów ciała. Wraz z niezwykłym zespołem WTP pracowaliśmy gdzieś na pograniczu teatru tańca, pantomimy, formy i ruchu. Znacznie pomogły nam multimedia. Znamienne dla mnie jest to, że rzadko pracuję z dramaturgiem, natomiast reżyseria świateł czy multimedia są dla mnie zawsze bardzo ważne. Jeśli tylko ma dla mnie czas, zawsze zapraszam do współpracy Jakuba Lecha, niezwykłego twórcę obrazu, natomiast Anna Haudek, moja scenografka, pełni praktycznie rolę drugiego reżysera. Konsultuję z nią nie tylko plastykę spektaklu, ale absolutnie każdy najmniejszy detal. Dodatkowo, w przypadku „Batorego”, dołączył do nas niezwykle utalentowany choreograf Anatoliy Ivanow. To wszystko są ludzie obrazu. Chyba faktycznie brakuje nam dramaturga. Muszę się tym przejąć.

 

P.S.: Jak wobec tego widzi Pani połączenie pantomimy z innymi formami teatralnymi? Czy to w ogóle możliwe, aby klasyczna pantomima stanowiła część spektaklu realizowanego w zupełnie innej konwencji?

M.M.: W pracy reżyserskiej wręcz przepadam za rozwiązaniami łączącymi dziedziny, fascynują mnie wszystkie wybuchowe mieszanki. Oczywiście nie jest łatwo stworzyć dobrze skrojoną, tradycyjną la pièce bien faite, jednakże myślę, że wielu reżyserom przede mną już bardzo dobrze się to udało i są mistrzami w swoich konwencjach. Ja zdecydowanie wolę działania na styku dziedzin. Umiejętne posługiwanie się konwencjami, dystansowanie się, łączenie to wszystko są środki bardzo ryzykowne, ale dające nadzieję na odkrycie czegoś zaskakującego. Nie odczuwam dysonansu poznawczego kiedy lalkarz wyskakuje zza parawanu porzucając kukłę i zaczyna śpiewać musicalową piosenkę w stylu country, żeby zakończyć pantomimiczną pointą itp. Uwielbiam patchwork, kicz, groteskę. Marzę o wyreżyserowaniu musicalu w stylistyce drag queen. Oczywiście tak entuzjastyczna odpowiedź twierdząca jest charakterystyczna tylko dla mnie. Inny artysta zapewne odpowie, że niby tak, ale może lepiej nie. No to ja właśnie chętnie wszystko to, co lepiej nie.

 

P.S.: Jakie miała Pani wcześniejsze wyobrażenia dotyczące teatru pantomimy?

M.M.: Dość konkretne, ponieważ moją specjalizacją na Wydziale Reżyserii był teatr lalek, więc siłą rzeczy wszystkie techniki teatru formy są mi bliskie. Inaczej wyobrażałam sobie natomiast pracę z aktorami, myślałam że będzie o wiele trudniej.

 

P.S.: No właśnie, bo choć inspiracji do stworzenia „Batory_trans” było wiele, nie opierała się Pani na konwencjonalnym scenariuszu, jak w teatrze słowa. Jak wygląda praca w tej niepopularnej materii?

P.S.: Praca wygląda dziwnie i pięknie. Najpierw rozmawiamy. Potem szukamy metafory w ruchu, w ciele, w obrazie. Głównie sprawdzamy i patrzymy co wychodzi. Czy to co widzimy, znaczy to co byśmy chcieli, czy coś innego. Zespół WTP, z którym miałam zaszczyt pracować, to wspaniali ludzie z bogatymi doświadczeniami, czysto pantomimicznymi, ale też sportowymi, baletowymi, tanecznymi, warsztatowymi. Stworzyliśmy coś na kształt scenariusza, który stanowi szkielet naszej opowieści. Każda scena ma swój temat, każdy bohater swój przebieg emocjonalny, to wszystko trzeba szczegółowo zapisać. Praca była definitywnie zespołowa, co zresztą jest wyraźnie zaznaczone na plakacie. Ruch sceniczny stworzyliśmy wspólnie. Uwielbiam taką współpracę, jaka przydarzyła mi się w tym zespole i tęsknię za nią.

 

P.S.: Czy w związku z tym możemy się spodziewać kolejnych wspólnych produkcji?

M.M.: Na razie nie ma takich planów. Jeszcze nie opadł złoty kurz po premierze „Batory_trans”. Zapraszam na spektakle w kwietniu.

 

Martyna Majewska

Urodzona zimą w Wałbrzychu. Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz reżyserii teatralnej na PWST we Wrocławiu. Studiowała reżyserię filmową na Wydziale Radia i Telewizji UŚ. Jest autorką kilkunastu spektakli oraz warsztatowych projektów teatralnych i filmowych. Tworzy na pograniczu teatru formy, teatru muzycznego, performance i filmu. Zwolenniczka interdyscyplinarności i pracy warsztatowej. Ulubione środki wyrazu to kicz i nieodpowiedzialnie użyta groteska.